Tak jak wspomniałam w poprzednim wpisie, moją przygodę w inwestowanie w nieruchomości rozpoczęłam dzięki listowi z ZUS-u. Wiedziałam wtedy co chcę robić, ale kompletnie nie wiedziałam jak. Trochę po omacku rozpoczęłam badanie rynku. Oglądałam mnóstwo nieruchomości i na początek po to, aby było mi wygodnie, skupiłam się tylko na jednej dzielnicy w Warszawie.

Umawiałam się na oglądanie mieszkań wystawionych na sprzedaż bezpośrednio przez właścicieli, ale również bardzo chętnie spotykałam się z pośrednikami. Nie udawałam, że znam się na rynku nieruchomości. Wprost przeciwnie – spotykałam się i zadawałam mnóstwo pytań. Pytałam się pośredników, a to jakie strategie stosowane są przez innych inwestorów. Pytałam się ich również o to, skąd mogę czerpać informacje o okazjach inwestycyjnych. Wiem, że były to naprawdę bezpośrednie i trochę bezczelne pytania, ale ku mojemu zdziwieniu wiele osób z chęcią dzieliło się swoją wiedzą. Wyszłam z założenia, że ja zawsze mogą zapytać, ale druga strona ma zawsze prawo odmówić odpowiedzi. Jestem za te podpowiedzi i informacje serdecznie wdzięczna i teraz trochę spłacam ten dług poprzez pisanie na blogu.

Pierwsze sukcesy przyszły już po dwóch miesiącach szukania nieruchomości. Właśnie dzięki rozmowie z pośrednikiem nieruchomości dowiedziałam się, że istnieje możliwość zakupu nieruchomości wystawionych na przetargach w spółdzielniach mieszkaniowych i że niedługo taki przetarg będzie organizowany przez spółdzielnię, która swoje zasoby ma właśnie w dzielnicy którą analizowałam. Po powrocie do domu, późną nocą, przekopywałam zasoby Internetu i znalazłam ogłoszenie o przetargu. Kilka dni później byłam już szczęśliwą posiadaczką mieszkania – totalnej ruiny, która wymagała kompleksowego remontu wraz z wymianą okien, instalacji elektrycznych, instalacji hydraulicznych, drzwi wejściowych. Remont trwał półtora miesiąca, przebiegł bezproblemowo, a po kolejnym miesiącu mieszkanie znalazło swojego szczęśliwego nabywcę. Połknęłam bakcyla i od tej pory wiedziałam, że inwestowanie w nieruchomości to jest to! W całym procesie uwielbiam wszystko – od adrenaliny na przetargu, po żmudny remont, a na końcu dzielenie się radością z nowym właścicielem. Nie bez znaczenia jest fakt, że dosyć szybko można zobaczyć efekt swojej pracy. Po kilku miesiącach zrujnowane i śmierdzące mieszkanie przechodzi totalną metamorfozę i jest to bardzo satysfakcjonujące.

Także podsumowując ten wpis i częste pytanie od czego zacząć jestem przekonana, że rozpocznij od badania rynku. Sprawdź co działa na twoim lokalnym rynku, twoim mieście lub dzielnicy. Bądź monotematyczny i rozmawiaj ze wszystkimi tylko i wyłącznie o nieruchomościach. Żyj i oddychaj tym tematem. Zadawaj nawet te pytania, których się boisz zadać lub myślisz, że nie wypada. Właśnie takie pytanie zadane agentowi pozwoliło mi na zarobienie 50 000 zł. Po pewnym czasie niektóre mieszkania kupowałam bez oglądania. Może dla postronnych osób takie zachowanie wyda się bardzo ryzykowne, ale jak już znasz swój rynek, ceny i rozkłady mieszkań, to takie decyzje nie mają nic wspólnego z ryzykowaniem. Tej pierwszej jednak lekcji pod tytułem: „Badanie Rynku” nikt inny za ciebie nie odrobi. Nie da się ominąć tego punktu, bo dzięki temu odniesiesz swoje pierwsze inwestorskie sukcesy.

Jak zatem zacząć badanie rynku? Mam dla ciebie zadanie domowe. W przyszłym tygodniu umów się na minimum cztery oglądania mieszkań – zarówno z agentami nieruchomości jak i z właścicielami. I bardzo proszę podziel się swoimi doświadczeniami, tym co cię spotkało, jakiej ciekawostki się dowiedziałeś, a przede wszystkim swoimi obawami, które udało ci się przełamać.

Zajrzyj na fan page na facebooku:
Dołącz do społeczności praktyków:

Zapraszam!
Małgorzata Lewandowska